O Hiszpanii polskimi oczami, czyli miasta, podróże, jedzonko (wegetariańskie :)), restauracje i bary na Półwyspie Iberyjskim... i czasem trochę moich przemyśleń na temat życia tam (lub tu).
Europa kończy się Anglią. Nie jest to smutny koniec w pustce, bez nadziei, bez widoków na kontynuację. Z końca Europy widać bowiem wybrzeża Maroka. Nawet gdyby postanowić tak rozpaczliwie rzucić się z do morza, jest szansa, że udałoby się dopłynąć do drugiego kontynentu.
Krajobraz (miasta? kraju? rezerwatu?) Gibraltaru
Gibraltar to jedno z bardziej osobliwych miejsc, jakie zdarzyło mi się odwiedzić. Niby to wciąż Europa, ale zamieszkują je małpy, tak jakby była to już Afryka. Niby znajduje się w Hiszpanii, ale to kolonia angielska. Niby to Anglia, ale nawet w lutym temperatura rzadko spada poniżej 20 stopni. Niby mieszkają tu Brytyjczycy, ale częściej niż angielski słyszy się tu hiszpański, arabski oraz dziwną mieszankę, podobną do Spanglish - llanito. Niby to miasto, ale w samym jego środku wyrasta ogromne krasowe wzgórze, na obszarze którego królują różne dziwne gatunki zwierząt, w tym magoty. Niby Gibraltar posiada własne lotnisko, ale jest to po prostu ogromny pas startowy, który przecina drogę łączącą tę kolonię z Hiszpanią (niestety nie mieliśmy okazji widzieć żadnego startującego samolotu, ale wyobrażam sobie, że ruch graniczny zostaje wówczas wstrzymany). Niby Gibraltar to część Wielkiej Brytanii, ale posiada osobną walutę: funt gibraltarski, który ważny jest jedynie na tym, zamieszkiwanym przez niespełna 30 000 ludności, terytorium. Nie da się ukryć, że krzyżują się tu i koegzystują bez przeszkód wpływy wielu kultur tworząc mieszankę bynajmniej nie wybuchową.
Trochę tu Angli,...
Trochę Hiszpanii,..
A trochę Maroka...
Gibraltar warto odwiedzić przede wszystkim jednak ze względu na bezkonfliktowe współistnienie dzikiej, nigdzie indziej nie spotykanej przyrody oraz cywilizacji. Po przechadzce główną, komercyjną ulicą miasta (Main Street), warto kontynuować ją, aż do wejścia do rezerwatu przyrody The Rock.
Na pierwszym planie małpy i mewy, a w tle bloki Gibraltaru.
Pomimo że wapienna skała liczy sobie jedynie 426 m.n.p.m., wspinając się na nią po "Śródziemnomorskich stopniach" (Mediterranean steps) można dostać nie lada zadyszki oraz kilka razy pożałować braku specjalistycznych butów do wspinaczki. Wszelkie te niedogodności rekompensują jednak nieziemskie widoki na Cieśninę Gibraltarską, Ocean Atlantycki łączący się z Morzem Śródziemnomorskim, majaczące w dali marokańskie wzgórza oraz otaczająca nas unikatowa gibraltarska przyroda, a więc: węże, jaszczurki i zające uciekające w zarośla na dźwięk naszych zbliżających się kroków, towarzyszące nam nieustannie swoimi wrzaskami mewy, a w końcu i małpy, które wbrew legendzie ludowej wcale nie są agresywne w stosunku do ludzi, ale raczej mają ich w głębokim... poważaniu. Podobno występują na tym terenie również wielkie czarne pająki, jednak na szczęście nie mieliśmy przyjemności ich spotkać.
Mewy nie spuszczały z nas oka.
A małpy wręcz przeciwnie.
Na Gibraltarze w pierwszych dniach lutego króluje wiosna.
Gibraltar to doskonałe miejsce na spędzenie dnia pełnego różnorodnych przeżyć. Dzika przyroda znajduje się w zasięgu półgodzinnego spaceru od głównej ulicy pełnej sklepów z tanim alkoholem i papierosami (strefa bezcłowa) oraz barów z fish & chips i innego typu fast foodami. Zmęczeni kilkugodzinnym buszowaniem po zakamarkach czteroipółkilometrowej skały, udaliśmy się więc na veggie burgera (specjału, jakiego w Hiszpanii się nie uraczy!) do restauracji "Latinos diner". Nie ma to, jak w ciągu pół godziny obiadu zjeść więcej kalorii niż się spaliło w ciągu poprzednich 4 godzin wędrówki ;)
Kuchnia hiszpańska nie święci międzynarodowych triumfów tak spektakularnych jak kuchnia włoska, chińska, japońska, indyjska czy nawet tajska. Oczywiście od czasu do czasu (nawet we Wrocławiu) trafi się gdzie nie gdzie jakaś „Taverna” (pisana, o zgrozo! przez „v” zamiast „b”, co też stawia pod znakiem zapytania „hiszpańskość” jej menu). Nie zamierzam wychwalać tu jednak niebywałego smaku szynki iberyjskiej (jamón serrano), która ponoć nawet najbardziej zagorzałych jaroszy odwiodła od niejedzenia mięsa, ani rozwodzić się nad różnorodnością przekąsek z owocami morza. Pragnę właśnie skupić się na pomijanej w wielu menu jako oczywistość prostej przekąsce, która posiada niezbędny potencjał by stać się hitem w Polsce.
Mówić o kuchni hiszpańskiej jako całości właściwie nie sposób, dlatego że w każdym z 17 regionów tego kraju królują inne zwyczaje kulinarne, tak jak i rozmaite dialekty i języki. To, co jednak można spotkać w każdym barze nad Tagiem (statystycznie przypada 1 bar na 30 mieszkańców Hiszpanii) to tapas (nazywane przez Basków pintxos), czyli przekąski do piwa, wina czy kawy (w zależności od pory dnia). Tapas bywają rozmaite, jednak z całą pewnością w każdej nawet najbardziej zabitej dziurze półwyspu spotkamy stary dobry hiszpański omlet zwany tortilla de patatas (czyt. Tortidzia lub tortija – zależy od regionu). Choć wykonanie jej wydaje się być dziecinnie proste, to jednak zrobienie prawdziwej, grubej na trzy i pół palca tortilli wymaga zręczności i odpowiedniego ekwipunku kuchennego. Nie należy się jednak zniechęcać tym, że nasza tortilla wyjdzie cieńsza i mniej estetyczna, z całą pewnością smak jej pozostanie wciąż niezrównana w swej prostocie.
Najbardziej tradycyjna wersja tortilli składa się z ziemniaków (1kg) i jajek (8) oraz przypraw typu sól, pieprz. Obrane ziemniaki powinny zostać pokrojone w cienkie plasterki i smażone na oliwie z oliwek przez krótki czas, aby tylko nabrały miękkości. Zamiast oliwy, która niestety w Polsce do tanich nie należy, może zostać użyty olej, jednak może się to przyczynić do utraty jej śródziemnomorskiego smaku. Należy również pamiętać, że oliwa z oliwek jest zdrowsza niż olej (średnia życia w Hiszpanii, gdzie cała kuchnia opiera na oliwie należy do najwyższych w Europie – prawie 80 lat!).
Wróćmy jednak do przepisu... podczas gdy ziemniaczki nabierają miękkości, w dużej misce, najlepiej przy pomocy trzepaczki, wymieszać należy jajka. Wystudzone ziemniaki wrzucamy do niej i całość ponownie mieszamy. Masę wlewamy na rozgrzaną patelnie z tłuszczem. W czasie smażenia należy poruszać patelnią w taki sposób, aby placek do niej nie przywarł, ale ściął się równomiernie. Gdy masa stanie się plackiem, do brzegów patelni przykładamy płaski talerz o średnicy większej od niej i odwracamy ją do góry dnem, tak aby tortilla na niego wypadła. Możemy ją jeść na ciepło lub na zimno; samą, w kanapce z marynowaną papryką lub przekrojoną poziomo i nadzianą beszamelem, majonezem, keczupem czy serem.
Niewątpliwym plusem tortilli jest to, że podlegać ona może nieustającym wariacjom. Jeśli znudzi nam się jej „goła” wersja, możemy dodać do niej pokrojoną w kostkę cebulę, zieloną paprykę, ser żółty czy oregano. Ziemniaki można również zastąpić kabaczkiem (mój numer jeden) lub szpinakiem.
Tortilla cieszy się niesłabnącą popularnością w Hiszpanii, niczym pizza we Włoszech, naleśniki we Francji czy pierogi w Polsce, dzięki taniości i prostocie składników oraz ełatwości wykonania. Dużym jej plusem jest również to, że wrzucić do niej można prawie każdy składnik, jaki akurat mamy pod ręką. To sprawia też, że nigdy się ona nie nudzi. Może stać się wyśmienitym urozmaiceniem menu studentów jak i oryginalną przekąską na imprezie. Mimo że z pochodzenia Hiszpanka, nie ma powodu by nie przyjęła się w Polsce, znanej prasie międzynarodowej krainie kartofla
Kino hiszpańskie w Polsce kojarzy się głównie z Almodovarem, horrorami, a co większym koneserom również z Buñuelem. Wiele nowych produkcji do naszego kraju nie trafia, bo, nie ma co tego ukrywać, filmografia hiszpańska, tak jak i polska niestety wypuszcza na światło dzienne wiele koszmarków, których lepiej nie próbować kreować na produkty eksportowe. Niektóre wartościowe obrazu docierają do nas z opóźnieniem lub też wcale, mimo że z punktu widzenia dzisiejszego rozwoju dwa i pół tysiąca kilometrów to żadna bariera odległości.
Ciekawą pozycją zarówno dla widzów zainteresowanych kinem europejskim jak i tych, którzy lubią sobie pooglądać na ekranie twardych facetów oraz narodziny pięknej męskiej przyjaźni, jaka ponoć między kobietami się nie zdarza, nazywa się „Cela 211” (Celda 211).
Dlaczego polecam ten film? Dlatego że nie jest płaski. Pod płaszczykiem kina akcji ukrywa się tu bowiem mocna krytyka społeczno – polityczna. Na początek może jednak streszczę tutaj, o co w ogóle chodzi. Jak można się już z tytułu domyślić: akcja rozgrywa się w więzieniu. Pewnego pięknego dnia wybucha w nim bunt i karcel zostaje opanowany przez rzezimieszków. Większość strażników szczęśliwie zbiega, na pastwie rebelii zostaje tylko pozorny żółtodziób Juan, który pragnąć pokazać się od najlepszej strony, przyszedł w przeddzień planowego rozpoczęcia swej nowej pracy. Juan wpada na szczęśliwy pomysł wtopienia się w tłum osadzonych, jako że jeszcze nie jest im znany. Więcej nie zdradzę, żeby nie stać się spoilerem. Od początku widać więc już, że historia zapowiada się na trzymającą w napięciu. Nie tylko o to tu jednak chodzi. Fabuła zostaje bowiem w interesujący sposób wsparta przez wątek polityczny, który częściowo może umknąć komuś, kto niewiele wie o sprawach wewnętrznych Hiszpanii, które wbrew pozorom należą do dość skomplikowanych. Obraz krytykuje polityków wysyłanych na pertraktacje z więźniami, okrucieństwo strażników oraz policji podczas manifestacji, a także złe warunki w więzieniach, które doprowadzają osadzonych do rebelii. Film porusza te tematy dość odważnie, przez co dla bardziej wnikliwego widza może stać się zajmującym, choć może niezbyt odkrywczym studium i mocną krytyką władz, aż do przeprowadzenia paraleli między współczesną Hiszpanią a Rosją Putina, w której antyterroryści dokonali krawych odbić zakładników z teatru na Dubrowce oraz szkoły w Biesłanie. Staję się tu jednak niebezpiecznie bliska zdradzenia istotnych szczegółów filmu. Dodam tylko jeszcze, że brutalna krytyka sytuacji wewnętrznej należy do stałych cech pofrankistowskiej Hiszpanii. W Polsce tego typu powszechna wolność słowa, posunięta wręcz do wulgarności i obrazoburczości , o czym wiemy z życia, nie miałaby racji bytu.
Więzienie, jakie oglądamy na ekranie, przedstawia nam również panoramę społeczną i narodowościową Hiszpanii: od pospolitych hiszpańskich zbójów, takich jak Malamadre (Wyrodna Matka), poprzez członków kolumbijskich mafii narkotykowych (Apacz), po terrorystów z ETA. Przedstawiciele odrębnych nacji są tu przedstawieni jako potencjalne zagrożenie dla Kastylijczyków. Warto się tu jednak przede wszystkim zatrzymać przy Baskach, dlatego że stanowią oni pozornie drugo-, a jednak pierwszoplanowych bohaterów tego filmu. Okazuje się mianowicie, że terroryści to jedyna karta przetargowa więźniów w pertraktacjach z rządem. Tylko ich życie się liczy z punktu widzenia polityki wewnętrznej. Rząd boi się, że śmierć któregoś z tych osadzonych wywoła falę ataków ETA w Hiszpanii. Ich życie w rzeczy samej wisi na włosku, ponieważ stoją oni w opozycji do całej społeczności więziennej, jako że nie uważają się oni za pospolitych przestępców, ale za bojowników o wolność, intelektualistów w opozycji do chamów.
Cała ta sytuacja ukazuje w sposób dość malowniczy, jak niesłychany wpływ na wewnętrzne sprawy destynacji wakacyjnej nr 1 Anglików, Niemców i Holendrów ma grupa terrorystyczna pochodząca z niewielkiego regionu przy granicy z Francją. ETA, której łeb został już ponoć ukręcony, jak widać w „Celi 211” trzęsie Hiszpanią z wnętrz więzień, bo fanatyków chętnych do podrzucenia jakiejś niewielkiem bombki w metrze, tudzież pozostawienia samochodu pułapki pod hipermarketem nie brakuje.
Czy ETA ma w ogóle jakąkolwiek rację bytu w demokratycznym kraju UE? Odpowiedź jest prosta: nie. Współczesni terroryści nie mają bowiem nic wspólnego z pierwszymi rzeczywistymi bojownikami o wolność Kraju Basków i prawo do posługiwania się euskara (jedyny język Półwyspu Iberyjskiego o celtyckim rodowodzie) za czasów dyktatury Generała Franki. Wtedy Baskowie, Katalończycy, Galicyjczycy byli prześladowani za jakiekolwiek próby odrębności, dziś jednak mają oni w ramach swych autonomii taką wolność (o jakiej Polakom się we własnym kraju nawet nie śniło...), że właściwie nawet nie muszę oni zamieszczać nigdzie napisów po hiszpańsku, jak to się z resztą zdarzyło w Barcelonie, gdziena głównej ulicy widniały życzenia świąteczne w kilkunastu językach, w tym katalońskim, jednakże na próżno szukać ich po hiszpańsku.
Rozumiem potrzebę walki o swą tożsamość uciskanych przez kilka dziesięcioleci narodów, tylko czy ich walka w obecnych warunkach pluralizmu nie jest walką z wiatrakami tudzież, w przypadku współczesnych terrorystów z ETY, usprawiedliwieniem poprzez wzniosłe ideały wolności dla pospolitej działalności kryminalnej? Czy to, co wiąże ręce politykom hiszpańskim oraz policji, aby raz na zawsze zaprowadzić porządek jest aby wyłącznie poprawność polityczna i indolencja, czy też stoją za tym powiązania?
Z tego, a także z powodów czysto rozrywkowych polecam obejrzenie filmu „Cela 211”.
Tytuł postu brzmi dramatycznie, ale jeszcze wciąż zostało przynajmniej półtora miesiąca. I nie jest tak źle: na pewno tu wrócę.
Chodzi bardziej o poczucie kończenia się, o jego nieuchronne zbliżanie się i o to, że została wyznaczona data końcowa, niż o to, że to już teraz, bo przecież mogłoby to wszystko skończyć się w każdej chwili, bez zapowiedzi, tyle że ominęłoby to poczucie odliczania. Szkoda tylko, że tak niewiele zdążyłam (i zdążę) napisać na blogu do tego momentu. Na pewno jegnak moje hiszpańskie impresje nie zakończą się tak szybko, chociażby z uwagi na to, że to, co najbardziej lubię w Hiszpanii (Edu!!!) wciąż mnie inspiruje i będzie inspirować.Taki jest plan.
Z końcem pewnego etapu życia jest trochę tak, jak z otrzymaniem wiadomości o chorobie terminalnej (oczywiście jest to pewna hiperbolizacja, a w dodatku podyktowana wyłącznie moim wyobrażeniem, a nie doświadczeniem:)): człowiek uświadamia sobie, ile jeszcze rzeczy chciałby zrobić, ile miejsc odwiedzić, ile spraw odkładał na później, które już nigdy nie nadejdzie.
Zostało jeszcze tylko półtora miesiąca mojego iberyjskiego życia, a ja wciąż nie byłam w Pirenejach, ciągle popełniam błędy mówiąc po hiszpańsku, zapominam słów, nigdy nie miałam na sobie sukienki do flamenco, nie pojechałam do La Alberki, nie spędziłam nawet połowy czasu, który bym chciała w Sewilli.
Tak mi będzie brakowało tego powolnego rytmu pracy, szorstkich i głośnych, ale w głębi dobrych ludzi, łagodnych zim, przesiadywania w barach przy maleńkiej szklaneczce sikowatego piwa i zimnym tapas, nieustannej fiesty i tego, że w każdej zapadłej dziurze da się znaleźć przynajmniej jeden naprawdę stary zabytek.
Będę tęsknić za rozmowami pełnymi podtekstów z moimi kolegami z pracy, za bossanovami wygrywanymi na gitarze przez moich współlokatorów brazylijczyków, za całowaniem się w policzki na powitanie z obcymi ludźmi (choć na początku myślałam, że nigdy się do tego nie przyzwyczaję), za chodzeniem na czekoladę i churros o 8 rano po dyskotece, a nawet za tym okropnym monotonnym żółtym krajobrazem przez 7 godzin bez ustanku w drodze z Salamanki do Sewilli.
Już nie będę mieszkać 250km od Madrytu, 400 od Lizbony, a 300 od Oceanu Atlantyckiego i nie będę mówić codziennie po hiszpańsku. Znajdę się za to 300 km od Wrocławia i od Pragi oraz daleko od jakiegokolwiek morza. I jeszcze nie wiem, w jakim języku będę się komunikowała na codzień.
Autostrada Salamanka - Portugalia, zdjęcie autorstwa Buły
Badajoz, miasto południowej Estremadury, nie należy do czołówki hiszpańskich atrakcji. Gdy zapytałam moich kolegów z pracy, o to, z czego słynie, odpowiedzieli, że przede wszystkim z dużej ilości Cyganów. Jak się przekonałam, wiele jego zakamarków prezentuje się jednak niezwykle uroczo w oku aparatu...bo przecież nie tylko to, co wypucowane i odrestaurowane pod turystów jest piękne. Beauty is in the eye of the beholder.
Ulice osłonięte przed skwarem, który niebawem zacznie się nieubłaganie lać z nieba, nie pozwalają nam zapomnieć, że znajdujemy się już prawie w Andaluzji, trzy godziny jazdy autobusem od Sewilli, gdzie od początku kwietnia do końca października termometry notują 30 stopni Celsjusza.
Brzydkim, zniszczonym budynkom Badajoz biało - błękitno - niebieskie romby dodają wdzięku. Cienie tańczące na ulicy sprawiają wrażenie, jakby zmieniała się ona niczym za poruszeniem kolorowych szkiełek w kalejdoskopie.
Biało - ruda, wesoła Plaza Alta z ogródkami pełnymi ludzi w ten ciepły niedzielny poranek stanowi zdecydowanie jasny punkt w centrum ponurej, pustawej starówki.
Widok ze wzgórza parkowego, gdzie można schronić się na chwilę przed skwarem, na kościółek (Konwent de las Adoratirces), który wygląda jak zaimportowany z Włoch. Gdyby nie te zaparkowane samochody - zupełna sielanka, obrazek z jakiejś minionej epoki.W tle widoczny jest most Puente de Palmas z 1596 r.
Nie polecam zwiedzania Badajoz jako głównej atrakcji wycieczki. Leży ono przy samej granicy z Portugalią, a więc może stanowić doskonały punkt wypadowy do Lizbony, od której oddalone jest o 226 km prostej drogi (2h30min jazdy samochodem). Warto zatrzymać się tam na chwilę, wypić kawę na Plaza Alta i zrobić kilka zdjęć ulicom, które zmieniają się nie do poznania wraz z wędrówką słońca.
Majowa Lizbona w stylu retro, z żółtymi tramwajami, kwitnącymi na fioletowo krzewami i z niespieszącymi się donikąd przechodniami. Czy można sobie wyobrazić lepszy sposób na szybki rzut oka na portugalską stolicę niż z okna jednego z tych uroczych pojazdów? Krótki czas pobytu oraz potrzeba ducha, która nakazywała nam zapoznać się z lokalnym życiem nocnym nie pozwoliła nam na wiele więcej niż na krótką przejażdżkę krętymi i spadzistymi uliczkami - raz do góry, a raz w dół.
Lizbona widziana z okienka w murze wieży Belem udaje nadmorski kurort z plażą. Naiwni turyści na pewno dadzą się nabrać, ale warto zostać oszukanym i uwiedzionym przez tę uroczą stolicę małego, wciśniętego między bezlitosny, wietrzny ocean i ekspansywną Hiszpanię kraiku. Uwierzyć w słodkie obietnice tradycyjnych słodyczy z dzielnicy Belem i szaleństwo ciepłych lizbońskich nocy na ulicach pełnych barów. I udać, że nie jest to wcale rzeka z łachą piasku na brzegu.
Domek z ciasta dobrej Baby Jagi w samym centrum miasta stoi sobie najspokojniej w świecie, skryty w cieniu wszechobecnych fioletowo kwitnących krzewów. Na drugim planie inny żółty budynek (żółty, niebieski i fioletowy rządzą w Lizbonie niepodzielnie) ozdobiony tradycyjnymi biało-niebieskimi kafelkami. Cudo. Nic tylko schrupać!
No i trudno, może i nie zobaczyliśmy zbyt wiele, tak widać być musiało, ale wystarczająco, aby zadecydować, że my tu jeszcze wrócimy. Również ze względu na życie nocne.
Ostatnio zaświtała mi owa szalona myśl, aby urozmaicić me biurowe życie i zapisać się na kurs przygotowujący do certyfikatu CPE.
Salamanka, miasto z najstarszym uniwersytetem w Hiszpanii, acz dość jednak prowincjonalne, teoretycznie oferuje taki kurs w kilku szkołach, praktycznie, w 2, z braku rzekomego zainteresowania.
Nie ma się co dziwić, niewielu Hiszpanów zna bowiem jakikolwiek język obcy, a jeśli już zna to w stopniu dość podstawowym, choć prawie wszyscy wpisują w swoje CV co najmniej poziom średni.
Wybrałam jedną ze szkół (wybór z pomiędzy dwóch nie był zbyt trudny). Bezpodstawnie zrobiłam sobie dość duże nadzieje, aby boleśnie się rozczrować.
Na zajęcia przyszedł bardzo młody native speaker bez żadnego przygotowania pedagogicznego i bez najmniejszego pojęcia o tym, czym jest w ogóle certyfikat Proficiency. Mówił do nas przez większość czasu po hiszpańsku, ponieważ był przekonany, że nie mówimy po angielsku (na zajęciach przygotowujących do najwyższego możliwego certyfikatu z angielskiego!). Biedny chłopaczek zapewniał nas, że szkoła przysłała go na te zajęcia bez najmniejszego przygotowania ani bez wiedzy o tym, z jaką grupą będzie prowadził zajęcia.
Takie właśnie profesjonalne podejście oraz szacunek mają szkoły językowe (ta, o której piszę istnieje ponoć od 1975 roku) w Hiszpanii do nauczania języka. Aż trudno jest mi sobie wyobrazić, co się wobec tego musi dziać w szkołach prywatnych, gdzie uczniowie nie płacą z własnej kieszeni za zajęcia. W takich warunkach ignorancja językowa tego narodu wydaje się wręcz usprawiedliwiona.
Jak wygląda hiszpańskie pojmowanie nauki j. angielskiego (Spanglish!!) przedstawia dość wiernie powyższy filmik Gomaespumy.