Majowa Lizbona w stylu retro, z żółtymi tramwajami, kwitnącymi na fioletowo krzewami i z niespieszącymi się donikąd przechodniami. Czy można sobie wyobrazić lepszy sposób na szybki rzut oka na portugalską stolicę niż z okna jednego z tych uroczych pojazdów? Krótki czas pobytu oraz potrzeba ducha, która nakazywała nam zapoznać się z lokalnym życiem nocnym nie pozwoliła nam na wiele więcej niż na krótką przejażdżkę krętymi i spadzistymi uliczkami - raz do góry, a raz w dół. Lizbona widziana z okienka w murze wieży Belem udaje nadmorski kurort z plażą. Naiwni turyści na pewno dadzą się nabrać, ale warto zostać oszukanym i uwiedzionym przez tę uroczą stolicę małego, wciśniętego między bezlitosny, wietrzny ocean i ekspansywną Hiszpanię kraiku. Uwierzyć w słodkie obietnice tradycyjnych słodyczy z dzielnicy Belem i szaleństwo ciepłych lizbońskich nocy na ulicach pełnych barów. I udać, że nie jest to wcale rzeka z łachą piasku na brzegu.
Domek z ciasta dobrej Baby Jagi w samym centrum miasta stoi sobie najspokojniej w świecie, skryty w cieniu wszechobecnych fioletowo kwitnących krzewów. Na drugim planie inny żółty budynek (żółty, niebieski i fioletowy rządzą w Lizbonie niepodzielnie) ozdobiony tradycyjnymi biało-niebieskimi kafelkami. Cudo. Nic tylko schrupać!
No i trudno, może i nie zobaczyliśmy zbyt wiele, tak widać być musiało, ale wystarczająco, aby zadecydować, że my tu jeszcze wrócimy. Również ze względu na życie nocne.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz