wtorek, 31 maja 2011

poniedziałek, 9 maja 2011

Dubbing - dziecko nacjonalizmu

Przeprowadzki mają to do siebie, że odkrywa się w czasie nich wiele zapomnianych ciekawostek. Podczas tej, z Ołomuńca do Brna, której 2/3 już mam za sobą, odnalazłam na półce zakurzony grudniowy numer hiszpańskiego miesięcznika filmowego "Fotogramas", który kupiłam sobie kiedyś na dworcu autobusowym przed siedmiogodzinną podróżą z Sewilli do Salamanki, a którego ani razu w ciągu ostatnich sześciu miesięcy nie otworzyłam, choć dręczona z tego powodu wyrzutami sumienia zabrałam go ze sobą do Czech. Tak więc przeżył w tym dziewiczym stanie już dwie przeprowadzki.
Tym razem jednak podczas śniadania nic innego nie wpadło mi pod rękę (roczne zbiory "Wysokich Obcasów" od Wioli wyczerpały się wczoraj) i zdecydowałam się...
Pierwszy artykuł numeru zdecydowanie trafił w moje gusta i żal mi się zrobiło, że nie przeczytałam go, kiedy jeszcze mieszkałam w Hiszpanii, ponieważ dostarczyłby mi wielu argumentów do dyskusji w zatwardziałymi wielbicielami dubbingu, którego ja ścierpieć nie mogą i uważam za zamach na sztukę filmową.
Autor artykułu, profesor w katedrze sztuk audiowizualnych, Román Gubern przedstawia swoją krytyczną opinię w sposób bardzo wyważony, z całym szacunkiem dla bardzo w Hiszpanii rozwiniętego przemysłów dubbingowego, którego nie da się określić inaczej niż jako olbrzyma na glinianych nogach. Jest tak dlatego, że jest to gałąź niezmiernie anachroniczna, przynajmniej, jeśli chodzi o monopol, jaki jej przysługuje. Korzenie dubbingu sięgają rozkwitu w Europie faszyzmu i nazizmu. Został on wprowadzony przez dyktatorów frankistowskiej Hiszpanii, III Rzeczy i Włoch Mussoliniego jako posunięcie patriotyczne, a także ułatwiające cenzurowanie produkcji kinematograficznych. Do dziś z resztą utrzymuje się on jedynie w tych trzech krajach.Tak więc duma Hiszpanów z tego, że ichni dubbing jest jednym z najlepszych na świecie nie do końca ma swe silne podstawy.
Dubbing miał również sens istnienia w okresie powojennym, gdy częstym zjawiskiem był analfabetyzm. W dzisiejszych czasach jednak właściwie spowalnia on rozwój kulturalny społeczeństwa, nie tylko oddziela on je od odbioru dzieła filmowego w formie czystej, ale również od osłuchiwania się w językach oryginału, zwłaszcza od angielskiego, który w Hiszpanii nie stoi na zbyt wysokim poziomie. Wydaje się być wręcz nieprawdopodobne, że wielu Hiszpanów nigdy nie słyszało głosu Brada Pitta czy Roberta De Niro.
Román Gubern nie postuluje zniesienie przemysłu dubbingowego jako takiego, ale stopniowe ograniczanie go do rozmiarów takich, jakie ma on w innych krajach, w których głosy podkładane są głównie filmom animowanym, ewentualnie filmom puszczanym na prowincji.
Jak na razie produkcje w wersji oryginalnej można oglądać w Hiszpanii jedynie w największych miastach, takich jak: Madryt, Barcelona czy Sewilla (Avenida Cinco Cines), a w pozostałych mniejszych, takich jak Salamanka, mniej więcej raz na miesiąc zdarza się pokaz jakiegoś filmu w oryginalnej wersji językowej, zwykle liczy on sobie kilka, jeśli nie kilkadziesiąt lat.

sobota, 7 maja 2011

Hiszpan Erazmus

Jak już wspominałam w poprzednim poście, coraz więcej się widuje Hiszpanów na ulicach krajów Europy Środkowej. Dlaczego? Bo w dobie kryzysu ekonomicznego, którego Hiszpania stała się jedną z najsilniej dotkniętych ofiar, rząd Andaluzji, jednego z najuboższych regionów kraju, przyznaje granty stypendystom programu Erazmus wynoszące 900 euro w Czechach i innych krajach z III grupy stypendialnej.

wtorek, 26 kwietnia 2011

Nowa definicja hiszpańskości

Hiszpanie są wszędzie. Idę ulicami Wrocławia - co słyszę na każdym kroku? hiszpański. Hiszpański w barach, w restauracjach, w rynku i na ulicach. Licznie reprezentowany.
Wprowadzam się do akademika w Ołomuńcu. Cały pięciopiętrowy segment jest zamieszkiwany przez Hiszpanów. Jako jedna z najliczniej reprezentowanych nacji organizują hiszpańską imprezę. Nadchodzi czas niespodzianki o północy. Jak się zaprezentują Hiszpanie? Zatańczą flamenco, a w tle wyświetlą piętnastominutową prezentację o tym, że są mistrzami świata w piłce nożnej.
Oto w 2011 r. to, przez co Hiszpanie się definiują i przedstawiają innym narodom to mistrzostwo świata w piłce nożnej. Aż dziwne, że odtańczyli flamenco, a nie "Waka, waka".

czwartek, 3 lutego 2011

Koniec Europy

Koniec Europy, na horyzoncie - początek Afryki

Europa kończy się Anglią. Nie jest to smutny koniec w pustce, bez nadziei, bez widoków na kontynuację. Z końca Europy widać bowiem wybrzeża Maroka. Nawet gdyby postanowić tak rozpaczliwie rzucić się z do morza, jest szansa, że udałoby się dopłynąć do drugiego kontynentu.
Krajobraz (miasta? kraju? rezerwatu?) Gibraltaru
Gibraltar to jedno z bardziej osobliwych miejsc, jakie zdarzyło mi się odwiedzić. Niby to wciąż Europa, ale zamieszkują je małpy, tak jakby była to już Afryka. Niby znajduje się w Hiszpanii, ale to kolonia angielska. Niby to Anglia, ale nawet w lutym temperatura rzadko spada poniżej 20 stopni. Niby mieszkają tu Brytyjczycy, ale częściej niż angielski słyszy się tu hiszpański, arabski oraz dziwną mieszankę, podobną do Spanglish - llanito. Niby to miasto, ale w samym jego środku wyrasta ogromne krasowe wzgórze, na obszarze którego królują różne dziwne gatunki zwierząt, w tym magoty. Niby Gibraltar posiada własne lotnisko, ale jest to po prostu ogromny pas startowy, który przecina drogę łączącą tę kolonię z Hiszpanią (niestety nie mieliśmy okazji widzieć żadnego startującego samolotu, ale wyobrażam sobie, że ruch graniczny zostaje wówczas wstrzymany). Niby Gibraltar to część Wielkiej Brytanii, ale posiada osobną walutę: funt gibraltarski, który ważny jest jedynie na tym, zamieszkiwanym przez niespełna 30 000 ludności, terytorium. Nie da się ukryć, że krzyżują się tu i koegzystują bez przeszkód wpływy wielu kultur tworząc mieszankę bynajmniej nie wybuchową.

Trochę tu Angli,...



Trochę Hiszpanii,..



A trochę Maroka...

  



















































Gibraltar warto odwiedzić przede wszystkim jednak ze względu na bezkonfliktowe współistnienie dzikiej, nigdzie indziej nie spotykanej przyrody oraz cywilizacji. Po przechadzce główną, komercyjną ulicą miasta (Main Street), warto kontynuować ją, aż do wejścia do rezerwatu przyrody The Rock.


Na pierwszym planie małpy i mewy, a w tle bloki Gibraltaru.



Pomimo że wapienna skała liczy sobie jedynie 426 m.n.p.m., wspinając się na nią po "Śródziemnomorskich stopniach" (Mediterranean steps) można dostać nie lada zadyszki oraz kilka razy pożałować braku specjalistycznych butów do wspinaczki. Wszelkie te niedogodności rekompensują jednak nieziemskie widoki na Cieśninę Gibraltarską, Ocean Atlantycki łączący się z Morzem Śródziemnomorskim, majaczące w dali marokańskie wzgórza oraz otaczająca nas unikatowa gibraltarska przyroda, a więc: węże, jaszczurki i zające uciekające w zarośla na dźwięk naszych zbliżających się kroków, towarzyszące nam nieustannie swoimi wrzaskami mewy, a w końcu i małpy, które wbrew legendzie ludowej wcale nie są agresywne w stosunku do ludzi, ale raczej mają ich w głębokim... poważaniu. Podobno występują na tym terenie również wielkie czarne pająki, jednak na szczęście nie mieliśmy przyjemności ich spotkać.

Mewy nie spuszczały z nas oka.


A małpy wręcz przeciwnie.
Na Gibraltarze w pierwszych dniach lutego króluje wiosna.
Gibraltar to doskonałe miejsce na spędzenie dnia pełnego różnorodnych przeżyć. Dzika przyroda znajduje się w zasięgu półgodzinnego spaceru od głównej ulicy pełnej sklepów z tanim alkoholem i papierosami (strefa bezcłowa) oraz barów z fish & chips i innego typu fast foodami. Zmęczeni kilkugodzinnym buszowaniem po zakamarkach czteroipółkilometrowej skały, udaliśmy się więc na veggie burgera (specjału, jakiego w Hiszpanii się nie uraczy!) do restauracji "Latinos diner". Nie ma to, jak w ciągu pół godziny obiadu zjeść więcej kalorii niż się spaliło w ciągu poprzednich 4 godzin wędrówki ;)

czwartek, 20 stycznia 2011

Tortilla de patatas, czyli omlet po hiszpańsku

Kuchnia hiszpańska nie święci międzynarodowych triumfów tak spektakularnych jak kuchnia włoska, chińska, japońska, indyjska czy nawet tajska. Oczywiście od czasu do czasu (nawet we Wrocławiu) trafi się gdzie nie gdzie jakaś „Taverna” (pisana, o zgrozo! przez „v” zamiast „b”, co też stawia pod znakiem zapytania „hiszpańskość” jej menu). Nie zamierzam wychwalać tu jednak niebywałego smaku szynki iberyjskiej (jamón serrano), która ponoć nawet najbardziej zagorzałych jaroszy odwiodła od niejedzenia mięsa, ani rozwodzić się nad różnorodnością przekąsek z owocami morza. Pragnę właśnie skupić się na pomijanej w wielu menu jako oczywistość prostej przekąsce, która posiada niezbędny potencjał by stać się hitem w Polsce.
Mówić o kuchni hiszpańskiej jako całości właściwie nie sposób, dlatego że w każdym z 17 regionów tego kraju królują inne zwyczaje kulinarne, tak jak i rozmaite dialekty i języki. To, co jednak można spotkać w każdym barze nad Tagiem (statystycznie przypada 1 bar na 30 mieszkańców Hiszpanii) to tapas (nazywane przez Basków pintxos), czyli przekąski do piwa, wina czy kawy (w zależności od pory dnia). Tapas bywają rozmaite, jednak z całą pewnością w każdej nawet najbardziej zabitej dziurze półwyspu spotkamy stary dobry hiszpański omlet zwany tortilla de patatas (czyt. Tortidzia lub tortija – zależy od regionu). Choć wykonanie jej wydaje się być dziecinnie proste, to jednak zrobienie prawdziwej, grubej na trzy i pół palca tortilli wymaga zręczności i odpowiedniego ekwipunku kuchennego. Nie należy się jednak zniechęcać tym, że nasza tortilla wyjdzie cieńsza i mniej estetyczna, z całą pewnością smak jej pozostanie wciąż niezrównana w swej prostocie.
Najbardziej tradycyjna wersja tortilli składa się z ziemniaków (1kg) i jajek (8) oraz przypraw typu sól, pieprz. Obrane ziemniaki powinny zostać pokrojone w cienkie plasterki i smażone na oliwie z oliwek przez krótki czas, aby tylko nabrały miękkości. Zamiast oliwy, która niestety w Polsce do tanich nie należy, może zostać użyty olej, jednak może się to przyczynić do utraty jej śródziemnomorskiego smaku. Należy również pamiętać, że oliwa z oliwek jest zdrowsza niż olej (średnia życia w Hiszpanii, gdzie cała kuchnia opiera na oliwie należy do najwyższych w Europie – prawie 80 lat!).
Wróćmy jednak do przepisu... podczas gdy ziemniaczki nabierają miękkości, w dużej misce, najlepiej przy pomocy trzepaczki, wymieszać należy jajka. Wystudzone ziemniaki wrzucamy do niej i całość ponownie mieszamy. Masę wlewamy na rozgrzaną patelnie z tłuszczem. W czasie smażenia należy poruszać patelnią w taki sposób, aby placek do niej nie przywarł, ale ściął się równomiernie. Gdy masa stanie się plackiem, do brzegów patelni przykładamy płaski talerz o średnicy większej od niej i odwracamy ją do góry dnem, tak aby tortilla na niego wypadła. Możemy ją jeść na ciepło lub na zimno; samą, w kanapce z marynowaną papryką lub przekrojoną poziomo i nadzianą beszamelem, majonezem, keczupem czy serem.
Niewątpliwym plusem tortilli jest to, że podlegać ona może nieustającym wariacjom. Jeśli znudzi nam się jej „goła” wersja, możemy dodać do niej pokrojoną w kostkę cebulę, zieloną paprykę, ser żółty czy oregano. Ziemniaki można również zastąpić kabaczkiem (mój numer jeden) lub szpinakiem.
Tortilla cieszy się niesłabnącą popularnością w Hiszpanii, niczym pizza we Włoszech, naleśniki we Francji czy pierogi w Polsce, dzięki taniości i prostocie składników oraz ełatwości wykonania. Dużym jej plusem jest również to, że wrzucić do niej można prawie każdy składnik, jaki akurat mamy pod ręką. To sprawia też, że nigdy się ona nie nudzi. Może stać się wyśmienitym urozmaiceniem menu studentów jak i oryginalną przekąską na imprezie. Mimo że z pochodzenia Hiszpanka, nie ma powodu by nie przyjęła się w Polsce, znanej prasie międzynarodowej krainie kartofla

Artykuł ten okazał się pod tytułem "Hiszpania na talerzu" w 1. numerze Magazynu "The Spot"
http://issuu.com/thespotmagazine/docs/nr1?viewMode=magazine&mode=embed


I na zakończenie krótki filmik instruktażowy w wersji  angielskojęzycznej.

wtorek, 18 stycznia 2011

Fiesta na bombie z opóźnionym zapłonem

Muzeum Guggenheima w Bilbao

Kino hiszpańskie w Polsce kojarzy się głównie z Almodovarem, horrorami, a co większym koneserom również z Buñuelem. Wiele nowych produkcji do naszego kraju nie trafia, bo, nie ma co tego ukrywać, filmografia hiszpańska, tak jak i polska niestety wypuszcza na światło dzienne wiele koszmarków, których lepiej nie próbować kreować na produkty eksportowe. Niektóre wartościowe obrazu docierają do nas z opóźnieniem lub też wcale, mimo że z punktu widzenia dzisiejszego rozwoju dwa i pół tysiąca kilometrów to żadna bariera odległości.
Ciekawą pozycją zarówno dla widzów zainteresowanych kinem europejskim jak i tych, którzy lubią sobie pooglądać na ekranie twardych facetów oraz narodziny pięknej męskiej przyjaźni, jaka ponoć między kobietami się nie zdarza, nazywa się „Cela 211” (Celda 211).
Dlaczego polecam ten film? Dlatego że nie jest płaski. Pod płaszczykiem kina akcji ukrywa się tu bowiem mocna krytyka społeczno – polityczna. Na początek może jednak streszczę tutaj, o co w ogóle chodzi. Jak można się już z tytułu domyślić: akcja rozgrywa się w więzieniu. Pewnego pięknego dnia wybucha w nim bunt i karcel zostaje opanowany przez rzezimieszków. Większość strażników szczęśliwie zbiega, na pastwie rebelii zostaje tylko pozorny żółtodziób Juan, który pragnąć pokazać się od najlepszej strony, przyszedł w przeddzień planowego rozpoczęcia swej nowej pracy. Juan wpada na szczęśliwy pomysł wtopienia się w tłum osadzonych, jako że jeszcze nie jest im znany. Więcej nie zdradzę, żeby nie stać się spoilerem. Od początku widać więc już, że historia zapowiada się na trzymającą w napięciu. Nie tylko o to tu jednak chodzi. Fabuła zostaje bowiem w interesujący sposób wsparta przez wątek polityczny, który częściowo może umknąć komuś, kto niewiele wie o sprawach wewnętrznych Hiszpanii, które wbrew pozorom należą do dość skomplikowanych. Obraz krytykuje polityków wysyłanych na pertraktacje z więźniami, okrucieństwo strażników oraz policji podczas manifestacji, a także złe warunki w więzieniach, które doprowadzają osadzonych do rebelii. Film porusza te tematy dość odważnie, przez co dla bardziej wnikliwego widza może stać się zajmującym, choć może niezbyt odkrywczym studium i mocną krytyką władz, aż do przeprowadzenia paraleli między współczesną Hiszpanią a Rosją Putina, w której antyterroryści dokonali krawych odbić zakładników z teatru na Dubrowce oraz szkoły w Biesłanie. Staję się tu jednak niebezpiecznie bliska zdradzenia istotnych szczegółów filmu. Dodam tylko jeszcze, że brutalna krytyka sytuacji wewnętrznej należy do stałych cech pofrankistowskiej Hiszpanii. W Polsce tego typu powszechna wolność słowa, posunięta wręcz do wulgarności i obrazoburczości , o czym wiemy z życia, nie miałaby racji bytu.
Więzienie, jakie oglądamy na ekranie, przedstawia nam również panoramę społeczną i narodowościową Hiszpanii: od pospolitych hiszpańskich zbójów, takich jak Malamadre (Wyrodna Matka), poprzez członków kolumbijskich mafii narkotykowych (Apacz), po terrorystów z ETA. Przedstawiciele odrębnych nacji są tu przedstawieni jako potencjalne zagrożenie dla Kastylijczyków. Warto się tu jednak przede wszystkim zatrzymać przy Baskach, dlatego że stanowią oni pozornie drugo-, a jednak pierwszoplanowych bohaterów tego filmu. Okazuje się mianowicie, że terroryści to jedyna karta przetargowa więźniów w pertraktacjach z rządem. Tylko ich życie się liczy z punktu widzenia polityki wewnętrznej. Rząd boi się, że śmierć któregoś z tych osadzonych wywoła falę ataków ETA w Hiszpanii. Ich życie w rzeczy samej wisi na włosku, ponieważ stoją oni w opozycji do całej społeczności więziennej, jako że nie uważają się oni za pospolitych przestępców, ale za bojowników o wolność, intelektualistów w opozycji do chamów.
Cała ta sytuacja ukazuje w sposób dość malowniczy, jak niesłychany wpływ na wewnętrzne sprawy destynacji wakacyjnej nr 1 Anglików, Niemców i Holendrów ma grupa terrorystyczna pochodząca z niewielkiego regionu przy granicy z Francją. ETA, której łeb został już ponoć ukręcony, jak widać w „Celi 211” trzęsie Hiszpanią z wnętrz więzień, bo fanatyków chętnych do podrzucenia jakiejś niewielkiem bombki w metrze, tudzież pozostawienia samochodu pułapki pod hipermarketem nie brakuje.
Czy ETA ma w ogóle jakąkolwiek rację bytu w demokratycznym kraju UE? Odpowiedź jest prosta: nie. Współczesni terroryści nie mają bowiem nic wspólnego z pierwszymi rzeczywistymi bojownikami o wolność Kraju Basków i prawo do posługiwania się euskara (jedyny język Półwyspu Iberyjskiego o celtyckim rodowodzie) za czasów dyktatury Generała Franki. Wtedy Baskowie, Katalończycy, Galicyjczycy byli prześladowani za jakiekolwiek próby odrębności, dziś jednak mają oni w ramach swych autonomii taką wolność (o jakiej Polakom się we własnym kraju nawet nie śniło...), że właściwie nawet nie muszę oni zamieszczać nigdzie napisów po hiszpańsku, jak to się z resztą zdarzyło w Barcelonie, gdziena głównej ulicy widniały życzenia świąteczne w kilkunastu językach, w tym katalońskim, jednakże na próżno szukać ich po hiszpańsku.
Rozumiem potrzebę walki o swą tożsamość uciskanych przez kilka dziesięcioleci narodów, tylko czy ich walka w obecnych warunkach pluralizmu nie jest walką z wiatrakami tudzież, w przypadku współczesnych terrorystów z ETY, usprawiedliwieniem poprzez wzniosłe ideały wolności dla pospolitej działalności kryminalnej? Czy to, co wiąże ręce politykom hiszpańskim oraz policji, aby raz na zawsze zaprowadzić porządek jest aby wyłącznie poprawność polityczna i indolencja, czy też stoją za tym powiązania?

Z tego, a także z powodów czysto rozrywkowych polecam obejrzenie filmu „Cela 211”.


                                          Trailer "Celi 211" z angielskimi napisami

czwartek, 30 grudnia 2010

Pożegnanie z Hiszpanią

¡Adiós Salamanca!
Tytuł postu brzmi dramatycznie, ale jeszcze wciąż zostało przynajmniej półtora miesiąca. I nie jest tak źle: na pewno tu wrócę.
Chodzi bardziej o poczucie kończenia się, o jego nieuchronne zbliżanie się i o to, że została wyznaczona data końcowa, niż o to, że to już teraz, bo przecież mogłoby to wszystko skończyć się w każdej chwili, bez zapowiedzi, tyle że ominęłoby to poczucie odliczania. Szkoda tylko, że tak niewiele zdążyłam (i zdążę) napisać na blogu do tego momentu. Na pewno jegnak moje hiszpańskie impresje nie zakończą się tak szybko, chociażby z uwagi na to, że to, co najbardziej lubię w Hiszpanii (Edu!!!) wciąż mnie inspiruje i będzie inspirować.Taki jest plan.
Z końcem pewnego etapu życia jest trochę tak, jak z otrzymaniem wiadomości o chorobie terminalnej (oczywiście jest to pewna hiperbolizacja, a w dodatku podyktowana wyłącznie moim wyobrażeniem, a nie doświadczeniem:)): człowiek uświadamia sobie, ile jeszcze rzeczy chciałby zrobić, ile miejsc odwiedzić, ile spraw odkładał na później, które już nigdy nie nadejdzie.
Zostało jeszcze tylko półtora miesiąca mojego iberyjskiego życia, a ja wciąż nie byłam w Pirenejach, ciągle popełniam błędy mówiąc po hiszpańsku, zapominam słów, nigdy nie miałam na sobie sukienki do flamenco, nie pojechałam do La Alberki, nie spędziłam nawet połowy czasu, który bym chciała w Sewilli.
Tak mi będzie brakowało tego powolnego rytmu pracy, szorstkich i głośnych, ale w głębi dobrych ludzi, łagodnych zim, przesiadywania w barach przy maleńkiej szklaneczce sikowatego piwa i zimnym tapas, nieustannej fiesty i tego, że w każdej zapadłej dziurze da się znaleźć przynajmniej jeden naprawdę stary zabytek.
Będę tęsknić za rozmowami pełnymi podtekstów z moimi kolegami z pracy, za bossanovami wygrywanymi na gitarze przez moich współlokatorów brazylijczyków, za całowaniem się w policzki na powitanie z obcymi ludźmi (choć na początku myślałam, że nigdy się do tego nie przyzwyczaję), za chodzeniem na czekoladę i churros o 8 rano po dyskotece, a nawet za tym okropnym monotonnym żółtym krajobrazem przez 7 godzin bez ustanku w drodze z Salamanki do Sewilli.
Już nie będę mieszkać 250km od Madrytu, 400 od Lizbony, a 300 od Oceanu Atlantyckiego i nie będę mówić codziennie po hiszpańsku. Znajdę się za to 300 km od Wrocławia i od Pragi oraz daleko od jakiegokolwiek morza. I jeszcze nie wiem, w jakim języku będę się komunikowała na codzień.
Autostrada Salamanka - Portugalia, zdjęcie autorstwa Buły

piątek, 22 października 2010

Dyskretny urok Badajoz

Badajoz, miasto południowej Estremadury, nie należy do czołówki hiszpańskich atrakcji. Gdy zapytałam moich kolegów z pracy, o to, z czego słynie, odpowiedzieli,  że przede wszystkim z dużej ilości Cyganów.  Jak się przekonałam, wiele jego zakamarków prezentuje się jednak niezwykle uroczo w oku aparatu...bo przecież nie tylko to, co wypucowane i odrestaurowane pod turystów jest piękne. Beauty is in the eye of the beholder.


Ulice osłonięte przed skwarem, który niebawem zacznie się nieubłaganie lać z nieba, nie pozwalają nam zapomnieć, że znajdujemy się już prawie w Andaluzji, trzy godziny jazdy autobusem od Sewilli, gdzie od początku kwietnia do końca października termometry notują 30 stopni Celsjusza.
Brzydkim, zniszczonym budynkom Badajoz biało - błękitno - niebieskie romby dodają wdzięku. Cienie tańczące na ulicy sprawiają wrażenie, jakby zmieniała się ona niczym za poruszeniem kolorowych szkiełek w kalejdoskopie.







  Biało - ruda, wesoła Plaza Alta z ogródkami pełnymi ludzi w ten ciepły niedzielny poranek stanowi zdecydowanie jasny punkt w centrum ponurej, pustawej starówki.

Widok ze wzgórza parkowego, gdzie można schronić się na chwilę przed skwarem, na kościółek (Konwent de las Adoratirces), który wygląda jak zaimportowany z Włoch. Gdyby nie te zaparkowane samochody - zupełna sielanka, obrazek z jakiejś minionej epoki.W tle widoczny jest most Puente de Palmas z 1596 r.





Nie polecam zwiedzania Badajoz jako głównej atrakcji wycieczki. Leży ono przy samej granicy z Portugalią, a więc może stanowić doskonały punkt wypadowy do Lizbony, od której oddalone jest o 226 km prostej drogi (2h30min jazdy samochodem). Warto zatrzymać się tam na chwilę, wypić kawę na Plaza Alta i zrobić kilka zdjęć ulicom, które zmieniają się nie do poznania wraz z wędrówką słońca.

czwartek, 21 października 2010

Kilka obrazków z (nie) zwiedzania Lizbony

      Majowa Lizbona w stylu retro, z żółtymi tramwajami, kwitnącymi na fioletowo krzewami i z niespieszącymi się donikąd przechodniami. Czy można sobie wyobrazić lepszy sposób na szybki rzut oka na portugalską stolicę niż z okna jednego z tych uroczych pojazdów? Krótki czas pobytu oraz potrzeba ducha, która nakazywała nam zapoznać się z lokalnym życiem nocnym nie pozwoliła nam na wiele więcej niż na krótką przejażdżkę krętymi i spadzistymi uliczkami - raz do góry, a raz w dół.



      Lizbona widziana z okienka w murze wieży Belem udaje nadmorski kurort z plażą. Naiwni turyści na pewno dadzą się nabrać, ale warto zostać oszukanym i uwiedzionym przez tę uroczą stolicę małego, wciśniętego między bezlitosny, wietrzny ocean i ekspansywną Hiszpanię kraiku. Uwierzyć w słodkie obietnice tradycyjnych słodyczy z dzielnicy Belem i szaleństwo ciepłych lizbońskich nocy na ulicach pełnych barów. I udać, że nie jest to wcale rzeka z łachą piasku na brzegu.




     Domek z ciasta dobrej Baby Jagi w samym centrum miasta stoi sobie najspokojniej w świecie, skryty w cieniu wszechobecnych fioletowo kwitnących krzewów. Na drugim planie inny żółty budynek (żółty, niebieski i fioletowy rządzą w Lizbonie niepodzielnie) ozdobiony tradycyjnymi biało-niebieskimi kafelkami. Cudo. Nic tylko schrupać!




   No i trudno, może i nie zobaczyliśmy zbyt wiele, tak widać być musiało, ale wystarczająco, aby zadecydować, że my tu jeszcze wrócimy. Również ze względu na życie nocne.

wtorek, 19 października 2010

Uczyć się angielskiego w Hiszpanii

Ostatnio zaświtała mi owa szalona myśl, aby urozmaicić me biurowe życie i zapisać się na kurs przygotowujący do certyfikatu CPE.
Salamanka, miasto z najstarszym uniwersytetem w Hiszpanii, acz dość jednak prowincjonalne, teoretycznie oferuje taki kurs w kilku szkołach, praktycznie, w 2, z braku rzekomego zainteresowania.
Nie ma się co dziwić, niewielu Hiszpanów zna bowiem jakikolwiek język obcy, a jeśli już zna to w stopniu dość podstawowym, choć prawie wszyscy wpisują w swoje CV co najmniej poziom średni.
Wybrałam jedną ze szkół (wybór z pomiędzy dwóch nie był zbyt trudny). Bezpodstawnie zrobiłam sobie dość duże nadzieje, aby boleśnie się rozczrować.
Na zajęcia przyszedł bardzo młody native speaker bez żadnego przygotowania pedagogicznego i bez najmniejszego pojęcia o tym, czym jest w ogóle certyfikat Proficiency. Mówił do nas przez większość czasu po hiszpańsku, ponieważ był przekonany, że nie mówimy po angielsku (na zajęciach przygotowujących do najwyższego możliwego certyfikatu z angielskiego!). Biedny chłopaczek zapewniał nas, że szkoła przysłała go na te zajęcia bez najmniejszego przygotowania ani bez wiedzy o tym, z jaką grupą będzie prowadził zajęcia.
Takie właśnie profesjonalne podejście oraz szacunek mają szkoły językowe (ta, o której piszę istnieje ponoć od 1975 roku) w Hiszpanii do nauczania języka. Aż trudno jest mi sobie wyobrazić, co się wobec tego musi dziać w szkołach prywatnych, gdzie uczniowie nie płacą z własnej kieszeni za zajęcia. W takich warunkach ignorancja językowa tego narodu wydaje się wręcz usprawiedliwiona.
Jak wygląda hiszpańskie pojmowanie nauki j. angielskiego (Spanglish!!) przedstawia dość wiernie powyższy filmik Gomaespumy.

środa, 29 września 2010

29 września - strajk generalny w Hiszpanii

Od kilku dobrych tygodni media, plakaty porozwieszane na ulicach oraz samochody ze szczekaczkami nawoływały jak Hiszpania długa i szeroka do strajku generalnego przeciwko reformie prawa pracy (która już się z resztą dokonała, a więc musztarda po obiedzie) oraz przeciwko panującemu tu od dwóch lat kryzysowi. Został on zapowiedziany na 29 września. W wielu hiszpańskich gazeta można było wyczytać w przeddzień, jak syndykaty oraz partie lewicujące odgrażały się, że lepiej dla pracowników będzie nie iść do pracy, bo może im się stać coś złego, a także że rodzice powinni odprowadzić w ten dzień dzieci do szkoły.
Statystyki jednak pokazały, że mniej niż 50% Hiszpanów popiera strajk generalny. Wydaje się, że uczestniczyli w nim prawie wyłącznie bezrobotni, emeryci i studenci. Niewiele pracowników odważyło się opuścić swoje miejsce zatrudnienia ze względu na to, że przy słabości lub nieistnieniu związków pracowniczych w ich większości z całą pewnością natychmiast by je utracili, jako że przy dwudziestoprocentowym bezrobociu panującym w Hiszpanii na pewno dość długa kolejka czekałaby na ich miejsce.
W mojej firmie nikt nawet nie rozmawiał na temat strajku. Po drodze do pracy nie zauważyłam żadnych jego oznak, może było nawet puściej niż w inne dni. Można to sobie to tłumaczyć tym, że Salamanka to niewielkie miasto (160 tys. mieszkańców) i tradycyjnie prawicowe. W Sewilli ponoć jednak też nie odczuło się go w żaden dotkliwy sposób, jedynie biblioteki i siłownie były pozamykane, ale autobusy kursowały już w miarę regularnie. W Madrycie ponoć wystąpiły niejakie problemy z transportem publicznym.
Kiedy weszłam do biura, zapytałam moich współpracowników co myślą o strajku. Zasadniczo niewiele mieli do powiedzenia. Zdaje się, że po prostu o nim nie myślą.
Gdy wyszłam z biura, na Plaza Mayor widziałam pikietkę (max. 100 osób) ze sztandarami oraz hasłami strajkowymi, ale to byłoby wszystko. W mieście panował pełen spokój, popołudnie jak popołudnie.
 Oto zdjęcie autorstwa mojej koleżanko, Aleydy Solis, które zamieściła na swoim profilu na Facebooku. Komentarz do niego brzmiał: "Byle jaka wymówka jest wystarczająco dobra, aby nie pracować... Tak nie doprowadzi się żadnego kraju do rozwoju gospodarki."

wtorek, 21 września 2010

Bary, gdzie nie spojrzę bary... (lub apteki)

Jedną z rzeczy, które naprawdę lubię i cenię w Hiszpanii, a której nie lubię i nie cenię w Polsce, to obecność barów, gdzie tylko dusza zapragnie w tej pierwszej, a ich praktyczna nieobecność poza centrum miasta w drugiej.
Pamiętam ze swej nowodworskiej młodości, że czasem padał deszcz, chciało się gdzieś wyjść, zapalić papieroska i pogadać o pierdołach, co, zwłaszcza z uwagi na tę pierwszą czynność, było niemożliwe we własnym domu, ale nie było dokąd... Trzeba się było kryć po strychach bloków i po kryjomu popalać. I prawie zawsze nakrył nas i skrzyczał jakiś mieszkaniec dziesiątego piętra.
Taka sytuacja jest w Hiszpanii wręcz statystycznie niemożliwa, jako że jeden bar przypada na 30  mieszkańców (warto dodać, że tuż za barami plasują się apteki) i można znaleźć co najmniej kilka z nich nawet na największym zadupiu, gdzie byki luzem biegają. Trzeba przyznać, że niektóre z nich to straszne speluny, ale jednak iberyjskiemu pojęciu speluny dość daleko do jej słowiańskiego odpowiednika, więc nawet w niej da się w miarę sympatycznie spędzić czas zajadając tortillę i popijając klarę z nieco niedomytego kufelka.
Wypada w tym momencie odpowiedzieć na pytanie: czym charakteryzuje się więc taka południowa speluna? Przede wszystkim, znajduje się ona w miejscu, które wygląda jak przedpokój, tudzież korytarz, a więc jest długa, ciemna i wąska. Połowę przestrzeni zajmuje bar ze szklanymi witrynkami, z lekka zatłuszczonymi, w których polegują, chronione tymiż witrynkami przed atakiem much, ochłapy mięs w kilku postaciach, tortilli i oliwek nie pierwszej świeżości. Przy barze siedzi kilku stałych bywalców, mocno posuniętych w latach, z lekka pachnących potem i znajdujących się na tym samym stołku barowym o 7 rano, o 13 oraz o 22. Za barem leniwie pożuwa równie leciwy barman, który sprawia wrażenie mieszkańca, lub raczej ducha tego miejsca. W jakimś miejscu wisi telewizor z piłką nożną (w Hiszpanii zawsze rozgrywany jest jakiś mecz, co ma za zadanie odciągnąć obywateli od popadania w depresję z powodu kryzysu) i nie jest trudno go zlokalizować, jako że oczy wszystkich obecnych zwrócone są właśnie w tym kierunku. Ogólnie wszystko wygląda mniej więcej tak, jak na załączonym obrazku, tyle że ciemniej i bardziej ciasno.
Wiele jednak barów, i to często na osiedlach rangi Nowego Dworu, przedstawia sobą poziom bardzo wysoki pod każdym względem, a przy okazji przyzwoity cenowo ze względu na peryferyjną lokalizację (ok. 2 euro za tapaska i zwykle jeszcze mniej za piwko). Jednym z takich przykładów jest "Zahora" na ostatnim osiedlu Sewilli, Bermejales, gdzie spróbowałam przepysznego smażonego baklażana w sosie z salmorejo oraz gdzie wielu innych ociekających tłuszczem, acz przepysznych wegetariańskich pinczosów. Innym wielkim zaskoczeniem była pizzeria na wskroś włoska, jakkolwiek o wystroju typowo amerykańskim, dopracowanym co do najmniejszego szczegółu w Villares de la Reina, wiosce przylegającej do Salamanki.

Zazdroszczę Hiszpanom tego, że umieją się bawić i wychodzić do barów całymi rodzinami, że spotykają się w nich wyfiokowane starsze panie, na oko osiemdziesięcioletnie, a starsi panowie odgrywają w nich codzienną partyjkę szachów lub pokera na zapałki. W Polsce wśród starszego pokolenia chodzenie do "knajp" jest bowiem widziane jako coś nieomal nagannego. Myślę, że ma na to między innymi wpływ zamożność społeczeństwa i stosunek zarobków od cen, może też nie najlepszy klimat i szara socjalistyczna przeszłość.

Na zakończenie, żeby nie było nam tak smutno (choć nie ma się co tu smucić, bo młodzi ludzie lubią wychodzić), to jest w tej hiszpańskiej kulturze barowej coś niefajnego: mnóstwo małych dzieci w zadymionych barach.

niedziela, 19 września 2010

Sewilla bez podkładu flamenco

Po przerwie wakacyjnej wróciłam do Sewilli, jednej z moich wielkich iberyjskich miłości (a jest ich kilka...). Pauza w relacjach z tą andaluzyjską perłą jest absolutną koniecznością z uwagi na temperatury panujące tam w lipcu i sierpniu. Najlepiej opisuje to słynne stwierdzenie Kapuścińskiego, że natychmiast po wyjściu z autobusu człowiek się czuje, jak uderzony gorącą wilgotną szmatą w twarz. Teraz, w połowie września, wciąż temperatury dochodzą (a niekiedy i przekraczają) 30 stopni, jednak można się już pokusić o popołudniowe spacery po uroczych placach centrum.

Wybraliśmy się z Edu na taką przechadzkę połączoną z obiadem na Alamedę de Hercules, najstarszy ogród publiczny Europy (z 1574 r.) usytuowany w północnej części starego miasta. Dziś ciężko się w nim doszukać jakiś specjalnych cech ogrodowych (właściwie powiewa pustką), co nie zmienia faktu, że jest to niezmiernie przyjemny, przestronny plac, otoczony niewielkimi kamieniczkami, w których portalach kryją się stylowe restauracyjki, klimatyczne kafejki lub oryginalne sklepy (moje dwa ulubione to: z literaturą szeroko rozumianą jako podróżnicza - jak głosi sam szyld oraz drugi, z artykułami ogrodowymi, który sam wygląda jak niewielki zaciszny przydomowy ogród z wylegującym się na słońcu wielkim kocurem).

Niekiedy Alameda wygląda jak uśpiona. Takie wrażenie sprawiła na mnie dwa lata temu, kiedy odwiedziłam ją po raz pierwszy, zapoznając się dopiero z mym miastem - kochanką. Zaskoczyło mnie wówczas, że plac z takim potencjałem, tak duży, będący idealnym miejscem na imprezy kulturalne stoi zupełnie pusty. Teraz jednak południowcy poszli po rozum do głowy i zorganizowali tam festiwal Alamedeando. Alameda sprawiła na mnie niniejszym bardzo pozytywne wrażenie. Była opanowana przez hipisów z psami, punków wylegujących się na słońcu na kartonach, kulturalnych snobów wsłuchujących się z zamarłym papierosem w ręku w dźwięki koncertów lokalnych grup, oraz innego rodzaju miejscowych "frików". Ogródki kafejek pełne były dziwacznie poubieranych młodych i rozleniwionych ludzi popijających piwko za 1 euro (oferta specjalna wszystkich tamtejszych barów od poniedziałku do czwartku). Mnóstwo osób na rowerach niczym w Amsterdamie (Sewilla to chyba najlepiej rozwinięte pod tym względem miasto w Hiszpanii, choć nie sprzyja temu wszechogarniające gorąco). Geje spacerujący pod rękę. Lubię szalonych ludzi i opanowane przez nich miejsca. To dobre miejsce do zamieszkania... pomyślę o tym w przyszłości.

Tymczasem jednak, przepełnieni lokalną atmosferą, postanowiliśmy wpaść na obiad do niewielkiej restauracyjki wegetariańskiej, Almanary, która znajduje się na prawej ścianie, w centralnej części placu, na parterze niewielkiej i wąskiej kamieniczki.








Zaciekawił mnie minimalizm, wręcz ascetyzm tego miejsca, zrywającego z tradycją veggie barów w stylu hipisiarsko - buddyjsko - ekologicznym, jaki króluje chociażby w Polsce. Ten, zarówno ze względu na nie najniższe ceny (najtańsze danie 7,50 euro), jak i wystrój celował w "gafapasterów", czyli w młodych i raczej snobistycznych pod względem wyznawanych gustów klientów.
 Karta zawierała spory wybór, ale nie podejrzanie zbyt szeroki. Zauważyłam, że nie było w niej oznaczenia dań wegańskich... być może po prostu takich tu nie podawano, jako że Almanara to raczej "espacio veggie" - pop, odpowiednie dla tych, którzy lubią sobie od czasu do czasu spróbować coś innego, tudzież z okazji niedzieli zarzucić coś wegetariańskiego dla odmiany. Serwuje się tu bowiem pisto (hiszpańskie leczo, krótko mówiąc) z jajkami przepiórczymi oraz warzywka w jajecznej panierce. My te oto warzywka zamówiliśmy smażone w tempurze (verduras en tempura) z sosem mojo (pochodzącym z Wysp Kanaryjskich) na pierwsze. Jak widać na załączonym zdjęciu, dostaliśmy danie ułożone w zgrabną piramidkę i naprawdę interesujące w smaku. Był tam i brokuł, i cukinia, i papryka, i dynia, i szparag, a nawet pomidor (to ta biała kulka na pierwszym planie). Sosiku trochę mało... ale dość zadowalająca wielkością bombka kaloryczna smażona na głębokim oleju. Dobra, jak wszystko, co niezdrowe.

Na drugie poprosiliśmy o ciasto marokańskie (pastela marroqui). Była to mieszanka różnych północnoafrykańskich składników, typu orzeszków piniowych, cynamonu, cukru pudru, kardamony, kuskusu oraz czegoś, co zidentyfikowałam jako tofu oraz makaron sojowy zawinięte w ciasto francuskie o przedziwnym słodko - słonym smaku. Edu stwierdził, że przypomina mu to słodycze bożonarodzeniowe, które w Hiszpanii, a zwłaszcza w Andaluzji są nieomal wyłącznie pochodzenia mauretańskiego. Choć brzmieć to zestawienie może dziwacznie, zwłaszcza dla nas, wychowanych na kapuście zasmażanej i ogórku kiszonym, jednak drugie danie też stanowiło całkiem smakowity kąsek dla naszych nieprzyzwyczajonych do tych orientalnych smaków kubków.
Ja pozwoliłam sobie jeszcze na dużą szklaneczkę gazpacho, czyli zimnej zupki warzywnej (głównie pomidorowej), a Edu na deser o dźwięcznej nazwie "Marquesa de chocolate" (markiza z czekolady).
Zapłaciliśmy 25 euro i wyszliśmy dość syci, jednak nie przejedzeni. Nie w nadmiernym zachwycie, ale jednak zadowoleni z wypróbowania nowych smaków oraz odnalezienia przestrzeni veggie w na poły mięsożernym mieście (i kraju).
Udaliśmy się potem, aby zwieńczyć doznania smakowe, niczym wisienką tort, do pobliskiej kawiarenki skrytej w cieniu bluszczu. Wywoływała ona romantyczne wrażenie, w sam raz na leniwe sewilskie popołudnie u boku ukochanego... zasiedliśmy, zamówiliśmy kawę z lodem, zapadliśmy w zadumę, z której wyrwał nas dolatujący z nieopodal... zapach moczu. No cóż, nie wszystko jest takim, jakim się wydaje, a Alameda, raczej niż ogrodem miejskim w cieniu romańskich kolumn zwieńczonych pomnikami Herkulesa i Juliusza Cezara jest dziś jednak królestwem punków i innego typu szeroko pojętej alternatywy. Polecam ją jednak wszystkim tym, którzy nie czują się obrzydzeni na widok gum przyklejonych do kawiarnianych stolików ani nie czują strachu przed radośnie biegającymi wszędzie psami różnych rozmiarów, a przede wszystkim tym, którzy chcieliby poznać Sewillę od innej strony niż ta, którą wciska się na siłę zachodnim turystom do podkładu tandetnego flamenco.